A Cup of Yorkshire

Nie marzyłam o Anglii, bo kto marzy o kiepskim jedzeniu i o tym, by jechać tam, skąd kilkoro znajomych zdążyło już wrócić? Ale, jak to mawiają, dobry zwyczaj – nie obiecuj, bo obiecanki cacanki, a głupiemu trudno się z nich wycofać. I tak we wrześniu 2013 r. trafiłam do Yorkshire, choć Yorkshire do momentu przyjazdu to był według mnie co najwyżej kanapowy terier celebrytek, a Sheffield kojarzyło mi się co najwyżej ze skrzekliwym głosem niani Fran z „Pomocy Domowej”: Miiister Sheeefield! Aż głupio się przyznać!

Początki nie były łatwe, o podróżach w dalsze zakątki Wyspy lub dalej mogłam tylko pomarzyć: najpierw był czas, lecz nie było pieniędzy, gdy pojawiły się pieniądze, brakowało czasu. Było go jednak wystarczająco, by zwiedzać okolicę. Autobusem, na piechotę, czasem samochodem, gdy udało mi się namówić M. na wycieczkę. Na etapie, gdy pojawiły się możliwości dalszych wyjazdów, pojawił się również On i wszystko wróciło do punktu wyjścia. Kot Hugon jest „psem ogrodnika” – podróży nie lubi, a na dłużej niż na jedną noc wyjechać nam nie pozwoli. No więc dalej odkrywam Yorkshire i od czasu do czasu piszę o tym na A Cup of Yorkshire.